Wodospad jak ze snu. Tak leje się woda w wiosce indiańskiej Supai

„Znajduję się w ciemnym lesie. Ścieżka prowadzi w dół, schodzę bez wysiłku. Co czeka na dole?
Spadek jest coraz większy, nabieram tempa i słyszę szum. Szum rozwala głowę, porywa i za chwilę zjeżdżam.

Woda porywa, fala unosi i wciąga bez reszty.
Wpadam do wody, ledwo łapię powietrze. Nad głową leje się masa wodna. Ta sama, która mnie tu przywiozła.. ogromny wodospad, od którego nie mogę oderwać oczu”.

Właśnie to wspomnienie wróciło gdy moim oczom ukazał się wodospad w Supai, Kanion Colorado, Arizona, USA.

36°13′27″N 112°41′38″W / 36.22417°N 112.69389°W

map-non-scale-trail

Jak się tam ostać? Można wybrać jeden z trzech rodzajów transportu: helikopter, nogi własne, grzbiet konia lub muła. Wybrałam zejście pieszo i samodzielne pokonanie trzydziestu kilometrów w trzydziestu stopniowym skwarze. Trasa uboga we wskazówki. W ręku mam mapę sprzed dziewięciu lat. Nabieram wątpliwości zwłaszcza na rozstaju dróg. Czy na pewno dojdę do celu? Czytam wskazówki ze świeżych śladów kopyt – znak że całkiem niedawno przejeżdżali tędy miejscowi.. pytanie czym się kierować kiedy właśnie spadł deszcz?

Schodzę w dół,  trasa ciągle biegnie w dół. Po dziesięciu kilometrach teren spłaszcza się. Podziwiam ściany Wielkiego Kanionu Colorado. Nie mogę się pozbyć wrażenia że przed chwilą wyrzeźbił je natchniony artysta. Niesamowite jak przez 10 mln lat ( tak czas formowania się kanionu szacują archeolodzy), własnymi siłami natura kształtowała ten obszar. Mam wrażenie, że człowiek (przy całej mocy umysłu i doskonałości), nie byłby w stanie urządzić Ziemi wytworniej.

IMG_6560

IMG_6564

IMG_6593

Wędrując wyznaczam sobie drobne cele. Dwa zakręty i łyk wody. Zejście ze stoku i kanapka. Słońce praży a kapelusz spływa potem. Podziwiam małe źródełka, które przemierzają kilka metrów i wysychają. Tak jest na początku. W połowie trasy woda ma większe zasoby i przeradza się w życiodajne strumienie. Piaszczysto-kamienna droga prowadzi do celu, warto było zaufać intuicji i świeżym śladom na piasku.

Widzę pierwsze zabudowania. Moje wyobrażenie o prawdziwych Indianach tańczących przy ognisku szybko weryfikuje rzeczywistość. Okazuje się, że żyjący tu od ponad 100 lat Indianie nie kultywują tradycji przodków. Wyglądem, oprócz typowych rysów twarzy, nie różnią się od przeciętnych amerykanów. Zerkam na moją mapę sprzed dziewięciu lat. Szybko okazuje się ze ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.

W międzyczasie wioskę nawiedziły potężne powodzie, które zmusiły autochtonów do przebudowy wioski. Supai wydaje się być wyludnione, mijam sklep, który jest zamknięty. Dookoła pasą się konie niby za ogrodzeniem, ale nikomu nie przeszkadza kiedy swobodnie spacerują ocierając się o świeżo powieszone pranie obok. Konie są cenionym oraz jedynym środkiem lokomocji i jednocześnie źródło dochodów od napływających tu turystów. Nie dziwię się zatem, że przymyka się oko na ich swobodę. Ujadające psy wyglądające na bezpańskie napawają mnie niepokojem, ale idę dalej.. nadal nie ma żywej duszy.

Centrum wioski to utwardzone klepisko stanowiące lotnisko dla prywatnych helikopterów. Mijam szkołę oraz kościół aż wreszcie trafiam do Supai Lodge. Cieszę się, bo mogę zostawić tu ciężki plecak zanim wyruszę w dalszą 8 kilometrową podróż na spotkanie z wodospadem.

Skok

Ruszam resztkami sił. Wskakuję do wody i rekompensuję wszelkie niedogodności dnia. Jestem w raju. Zasypiam z wodospadem. Spokojnie.

 

Zobacz także