PERU. Wielkanoc inaczej, czyli wyprawa do Arequipa

U r l o p, słowo klucz każdego podróżnika. Nie wiem to wygląda u was ale ja zaraz po Nowym Roku zasiadam przed kalendarzem i zaznaczam kumulację dni wolnych. Stałym punktem euforii są dla mnie święta wielkanocne. Dlaczego? Ponieważ jest to pierwsza luka po przerwie styczniowej i nogi same rwą się w świat. Już od 2009 roku Wielkanoc spędzam z dala od domu. Dwa lata temu świętowałam w Peru, w mieście Arequipa, gdzie Wielki Czwartek jest dniem wolnym od pracy a od rana trwają przygotowania i porządki w kościołach.
Posłuchajcie jak święta wyglądają tam.
Opowieść zaczyna się w czwartek kiedy tylko zapadnie zmrok. Peruwiańczycy wychodzą z domów aby odwiedzić siedem kościołów. Ni mniej ni więcej, liczba nawiązuje do siedmiu dni tygodnia kiedy Bóg stworzył świat. W praktyce wygląda to tak, że kościoły pękają w szwach a ulice wstrzymane od ruchu. Władza jest w rękach pieszych. Nic tylko łażą i łażą.. musiało by to magicznie wyglądać z drona prawda? W tłumie ważniejsza jest wspólnota duchowa która unosi się w powietrzu razem z zapachem pieczonego mięsa czy jabłek w cukrze.

IMG_9752
IMG_9868

W Wielki Czwartek w Peru nikt nie chodzi głodny ani samotny. Zasada jest prosta – jeśli ty coś masz to się tym podziel. Ci co mieszkają blisko kościoła wystawiają stoły i zapraszają do siebie. Kiedy nieśmiało usiadłam przy jednym z nich, w jednej chwili dostałam kubek z mieszanką kompotu i wódki. Podobnie jak w naszym saturatorze, czyli napij się, przetrzyj ścierką i podaj dalej. Nawet przez moment nie czułam się nieswojo. Namiastkę klimatu oddaje film, który udało mi się zmontować.
Wielki piątek, podobnie jak u nas, jest najważniejszy. Uroczystości podzielone są na dzienne i nocne odnoszące się analogicznie do czasu przed śmiercią i tuż po. Warto udać się do pobliskiego Paucarpata na trzygodzinne przedstawienie. Upał daje się we znaki a aktorzy dzierżą kilkuwarstwowe szaty aby przybliżyć czasy Chrystusa. Największy podziw wzbudziły we mnie detale w kostiumach strażników, apostołów czy ludu wiernego. Całość dopełniały osły i owce, którym widzowie ukradkiem podawali wodę. Przedstawienie nie ograniczało się do wyznaczonej sceny a tłum ustępował tam, gdzie chcieli przejść aktorzy. Dawało to poczucie, że wszyscy jesteśmy częścią drogi krzyżowej.

Wieczorna procesja to zupełnie inna bajka. To czas na wyciszenie. Wracam na ulice Arequipa i dołączam do tłumu idącego za orkiestrą i figurkami niesionymi na drewnianych podestach. Obowiązkowo kupiłam świeczkę a uczestnicy wokół dbali o to żeby mi nie zgasła. Zapalanie świecy do dobry moment na integracje. Peruwiańczycy byli bardzo ciekawi skąd pochodzę i co chwilę dostawałam podobne pytanie z tłumu. Zauważyłam, że turyści nie garną się na procesję tym bardziej wzbudzałam zainteresowanie. Bardzo cenię sobie to doświadczenie. Miałam wrażenie że pożegnałam naprawdę kogoś bliskiego.

Jeśli ktoś nie ma ochoty wracać do domu znowu ma pretekst żeby usiąść do stołu. Tym razem unika się dań mięsnych i tradycja nakazuje żeby było ich dwanaście. Jedno danie na każdego apostoła, na znak jedności z umarłym (nam postne dania kojarzą się przede wszystkim z wigilią, prawda?).
W sobotę oczekiwanie na przyjście Chrystusa przybiera na sile. Radość jest coraz bliżej, świeci słońce, mamy kolejny wolny dzień. Trzeba tylko uważać żeby po tylu atrakcjach go nie przespać.
Niedzielne rezurekcje zaczynają się z samego rana i biorą w nich udział wracający z sobotnich fiest. Tego dnia mieszkańcy Arequipy kończą świętowanie i w poniedziałek wracają do normalnego życia. Czy nie tak powinno wyglądać prawdziwe świętowanie?

 

  • W tym czasie byłam na Filipinach i tam to lekko mniej przyjemnie wygląda.W Peru za to był ciekawy Jezus 😉

    • Placek

      To prawda, ukrzyżowany Jezus jest czarnoskóry.