Amazonia w roli głównej

Dzień I
Lecimy nad  Amazonką. Tu i teraz pod stopami rozpościerają się hektary największego na świecie lasu deszczowego.To wymarzony punkt widokowy na Meeting of the Waters – czyli strefę, w której dwie rzeki płyną obok siebie, w jednym korycie. Zapytacie skąd wiadomo że są dwie? Jak to możliwe że nigdy się nie mącą? Wróćmy na pokład samolotu. Pilot przekręca oś maszyny na prawo i lewo żeby dać szansę wszystkim pasażerom przyklejonym do okien. Trudno objąć wzrokiem rozlewisko które wypełnia po połowie woda żółta i czarna. To wody dwóch rzek: Rio Negro – lewego dopływu Amazonki, oraz Rio Solimoes – górnego jej odcinka. Dzieje się tak za sprawą różnic wód w prędkości, gęstości i temperaturze. Zjawisko porównuję do szklanki wypełnionej wodą do której wlewamy oliwę. Przykład choć mocno wyolbrzymiony oddaje istotę zjawiska. Rio Negro płynie wolno, nurt jest praktycznie nieodczuwalny  – ok 2 km/h, 28°C . Rio Solimoes płynie trzy razy szybciej – ok. 6 km/h, 22°C.
begginingLądujemy w Manaus. Równik nigdy wcześniej nie był tak blisko. Jesteśmy w centrum puszczy amazońskiej. W porcie wita nas Hugo, przewodnik kucharz, sternik, przyrodnik, który zaprasza nas na pokład. Dostajemy kajutę numer dwa. Oprócz mnie, jest jeszcze trzynaście osób. Przez kolejne cztery dni będziemy dzielić ze sobą pokład, hamaki, jadalnię i przyczepioną z tyłu kanu (canoe, rodzaj łódki). Kajuta przytulna, piętrowe łóżko, wentylator, ściany na wyciągnięcie ramion. Dostajemy instrukcję aby nie myć zębów i twarzy kranówką. Do dyspozycji mamy bar z barmanem, zapas wody, kawy i kiście bananów. Hugo radzi żeby nie jeść owoców w ciągu dnia, w tak wysokich temperaturach fermentują w brzuchu i powodują niepotrzebne rewolucje żołądkowe. Zaraz po zachodzie słońca wsiadamy na kanu i płyniemy w stronę puszczy. Cel: wypatrzeć jak najwięcej zwierząt. Mamy ze sobą latarkę. Hugo zaopatrzony jest w maczetę i słuch, wystarczy. Dynamicznie zmienia kierunek kanu i trafnie ocenia obecność zwierząt. Spotykamy kajmana, żabę i węża. Pełen podziw i szacunek. Chwilę grozy wzbudza szybująca pirania. Nie boleśnie acz zaskakująco policzkuje mnie w ułamku sekundy. Współpasażerowie zwijają się ze śmiechu. Serio? Aż tak dziwnie huczałam?
flaga zaba
Dzień II
Pobudka o 5 rano. Szukam butów, jestem pewna że zostawiłam je przed kajutą. Butów szukajcie pod sufitem – krzyczy Hugo. To ochrona przed atakiem insektów. Na dzień dobry zakładamy kapoki i zasiadamy w kanu. Jak spokojnie. Nie moge uwierzyć że tu jestem. Ciągle nie mogę uwierzyć, że nie zostałam zjedzona przez komary i meszki. Owadów Proszę Państwa tutaj nie ma. Wszystkie zostały w puszczy. Budzimy się powoli jak leniwce na czubkach drzew. Nie śpią też kapucynki zabiegające o uwagę i zapasy bananów. Wchodzimy do lasu. To pierwsza wizyta na lądzie od wczoraj. Spotykamy Fernando, opowie nam o życiu w puszczy. Pokazuje jak rośnie kauczuk, niegdyś najbardziej dochodowym produkt eksportowy po kawie. Eksport kauczuku wpłynął na wzrost poziomu życia Brazylijczyków. Passa trwała do 1920, kiedy grupa Brytyjczyków wynalazła kauczuk syntetyczny. Ceny naturalnego drastycznie spadły. Fernando pokazuje jak odstraszyć lamparta. Jeśli wcześniej narzekałam na brak owadów tutaj mam ich pod dostatkiem. Na równi ze skorupiakami, mrówami, pająkami, tarantulami. Docieramy do opuszczonej wioski Ana Villiana.
ptaki mrowa małpki leniweiec birg_kajman
Dzień III
Pobudka o 5 rano. Na śniadanie będą piranie, tylko trzeba je złowić. Metoda: drewniana proca, żyłka z haczykiem. Sztuk: zero. Na śniadanie jajka i banany. Drugi raz schodzimy na ląd, tym razem gościmy u mieszkańców Willie. To wioska w której papugi zdobią drzewa a tapir jest zwierzątkiem domowym (żywe papugi, przyp. red.). W wiosce każdy ma swoje zadanie. Kiedy jeden wypala maniok, starcza dla całej wioski. Wskakujemy do wody. Jest ciepła, cieplejsza niż w wannie. Wieczorem płyniemy oglądać różowe delfiny (z gatunku iniowatych). Amazonka to jedyne naturalne środowisko iniowatych. Pozwalają wejść na swój teren dopiero po posiłku. Są wdzięczne za kolacje i nie odstępują na krok. Czuję jak jeden płynie tuż obok. Szuka kontaktu i ociera się o brzuch i nogi.
dzieci delfi guziec małpka
Dzień IV
Pobudka o 3 rano. Budzi nas ryk silnika i wzmożony ruch na pokładzie. Hugo, co się stało? → Ugrzęźliśmy na mieliźnie. Błąd sternika, oj duży błąd. Czekamy na posiłki. W międzyczasie przesiadamy się na kanu aby odciążyć pokład. Załoga walczy z liną. Później ciągną, ciągną… i nic. Dzień witamy od pierwszych promieni słońca, pijemy kawę, równik nadal na wyciągnięcie ręki. W planach mamy spacer po jeziorze liliowym. Łódź ani drgnie. Mija nas taksówka wodna i dołącza do akcji ratunkowej. Nadal nic, chyba utknęliśmy na amen. Taksówkarz płynie po posiłki i po godzinie nadciąga kolejna pomoc. Nie przypadkowo nazywa się Jezus Christo. Wyrywa nas z mielizny. Zdążymy odwiedzić jezioro liliowe. Jeszcze raz: dzięki ci! To będzie ostatnia wycieczka wgłąb lasu. Musimy mieć długie nogawki i kryte obuwie aby uchronić się przed nieproszonymi łazikami. Nie wiem ile jest stopni ale stopniowo topnieją zapasy wody. Pożegnanie. NIE! Łezka za łezką, wymiana adresów trwa, trwa umawianie kolejnych wypraw. Biegniemy na lotnisko, czeka nas lot do Salvadoru. Przy odprawie pani pyta czy mamy ochotę polecieć wcześniejszym, bo w systemie są wolne miejsca. Cudownie. Zamiast trzech godzin czekania wskakujemy prosto na pokład samolotu. To się nazywa zaradność.
ratunek

Na deser prezentuję zmontowane obrazy. Wejdź na kanał, zostaw komentarz i subskrybuj. To taki uśmiech wirtualny.

Zobacz także

  • Z jednej strony super, z drugiej fauna na zdjęciach mnie przeraża. Czy spotkania z pająkami i innymi tego typu „atrakcjami” byly pod kontrolą?

    • Spotkania z robalami były jak najbardziej pod kontrolą. Najlepszym zabezpieczeniem okazały się skarpety naciągnięte na nogawki, super seksi przy okazji wink emoticon

  • Przeogromnie zazdroszczę! To niesamowite miejsce, zupełnie inne od naszej europejskiej cywilizacji . Piękne zdjecia 🙂