Byle tylko guma nie pękła… czyli cała prawda o kubańskich drogach

„Byle tylko guma nie pękła” .. na Kubie nabiera innego znaczenia.
Opowieść zaczyna się w Hawanie. Mała klimatyzowana kanciapa, biurko CubaCars, podpisanie umowy, wypożyczenie samochodu. Akceptujemy fakt, że ubezpieczenie nie dotyczy opon. Bierzemy kluczyki i pytamy o koło zapasowe. Wszystko działa. Koła co prawda nie grzeszą nowością, ale bieżniki całkiem całkiem i owszem w stanie dobrym.

Taki start pobudza wyobraźnię i zmusza do ostrożnej jazdy. Przede wszystkim do unikania dziur i wysokich krawężników. Pierwszy dłuższy odcinek nie pozostawia złudzeń. Zapominamy o rozpędzaniu się choćby do przepisowej 70ki. Stan dróg przypomina te nasze tyle tylko że sprzed trzydziestu lat. Omijać trzeba nie tylko dziury o głębokości 20 cm na środku drogi. Omijać trzeba także drogi łatane czy złamane mosty (sic!).
Drogi na Kubie
Pewnie domyślacie się że w takich warunkach gumy nie da się uniknąć. Jazda to swoiste oczekiwanie na moment kiedy samochód przemówi językiem pufff pau pawu a wtedy nie będzie odwrotu i trzeba zakasać rękawy. No i tak, a i owszem, stało się. Szczere pole, zero cienia, ani żywej duszy. Rękawy zakasane, tempo narzucone, byle tylko nie popłynąć na trzydziestostopniowym skwarze. Juhu! Piętnaście minut i po robocie.

Jedziemy dalej w poczuciu, że ten moment mamy wreszcie za sobą zajeżdżamy na najbliższą stacje benzynową. Stacja jak to stacja. Pić się chce a na półkach tylko piwo (tak tak mają swój browar Cristar i Bucanero). Można gasić pragnienie rumem jak znudzeni pracownicy plotkujący w cieniu. Spotkanie towarzyskie pracowników nie robiło na mnie wrażenia aż do momentu kiedy jeden z nich zaczął nerwowo wskazywać na nasze świeżo zmienione wpocieczoła koło. Kapeć. Nie mniej ni więcej tylko to samo które właśnie zmieniliśmy.

Chwila zastanowienia ale nic nie przychodzi do głowy. Nagle pojawia się pan Henio, który nie zastanawiał się wcale tylko zakasał rękawy i odkręcił skapciałe koło. Nie wchodziliśmy w paradę, najwidoczniej wiedział co robi. W paradę weszli pozostali pracownicy z cienia i umilają nam czas. Zorganizowali krzesełka, odstawili rum na parapet i z zaangażowaniem dopytują gdzie jest Polska. Jeden z nich okazał się fryzjerem i musiał nagle wracać do klienta. Drugiego wołali do stoiska z warzywami a my dalej w najlepsze rysujemy mapę Europy z pozostałymi. Kiedy mapa nabrała kształtów widzimy jak wraca pan Henio i toczyły nasze koła, całe i zdrowe, w kierunku samochodu. Juhu!

Zaklejone koła, godzina spędzona na świeżym powietrzu, nowi przyjaciele z aktualna mapą Europy. Czas ruszać dalej. Gotowi na wszystko pożegnaliśmy się z miłą ekipą i ruszyliśmy. To prawdziwe szczęście, że trafiliśmy na takich ziomków. Nie dość że wypatrzyli flaka to jeszcze zapewnili człowieka z warsztatem.

Po takim dniu czas na rekompensatę i nocleg nad morzem. Cisza, spokój, gwieździste niebo. This is real Cuba – zapewniał nas barman popijający run spod lady. Wokół opustoszałe plaże gdzie zamiast ludzi żerowały czaple i głodne kraby.
Wypoczęci wracamy do gry, mamy do przejechania 200 km. Czeka nas dzień pod tytułem „kto ominie więcej kubańskich dziur”. Nie straszne nam dziury, nie straszne nam kapcie. Z takimi oponami będziemy śmigać i wymiatać. Idziemy na śniadanie. Tu pojawia się nowa niespodzianka. Zamiast śniadania czeka zła wiadomość: w nocy, na parkingu, powietrze z koła pana Henia wyparowało. No to co. Rękawy zakasane, wprawieni w wymianę koła liczymy, że tym razem pobijemy rekord i uda się złamać 15 minut. Wywalamy cały dobytek z bagażnika, przygotowujemy narzędzia i zaglądamy do zapasowej wybawicielki. Nie tym razem. Wybawicielka okazuje się sflaczałym kapciem. Pan Henio może i miał warsztat, ale łatanie w parze z promilami wyszły mu kiepsko. No i tak. Dwa koła, które poprzedniego dnia tak pięknie się toczyły, przez noc zmieniły się w kwadratowe. Okazuje się, że w naszej wyludnionej wiosce  stacji nie ma, pana Henia nie dorwiemy, reklamacji nie złożymy. Mogliśmy zrobić tylko jedno. Zjeść śniadanie i wykąpać się z czaplami.

Takie czaple czekały wieczorem na plaży. Okolice Baconao.

Takie czaple czekały wieczorem na plaży. Okolice Baconao.

Jaki był finał? Okazało się, że 5 km od wioski jest centrum napraw CubaCar. Wystarczył jeden telefon przyjechała eskorta z kołem abyśmy mogli doczłapać się do warsztatu. Tam, na widok połatanych kół najpierw złapali się za głowy, potem zakasali rękawy a na koniec zamontowali nowe. Jaki morał z tej opowieści? Stresujące sytuacje często są na wyrost. Czasem warto pomoczyć się z czaplami zamiast rwać włosy z głowy i się zamartwiać. Rozwiązanie najczęściej przychodzi samo i łapie znienacka. Pobyt na Kubie nauczył mnie dwóch rzeczy. Po pierwsze docenienia, a wręcz zachwytu nad polskimi drogami. Po drugie luzowania w momentach kiedy nie mam na coś wpływu. Relaks. This is real Cuba.

PS 1. Pan Henio wcale nie nazywał się Henio, ale takie imię najczęściej spotykam w warsztacie.

PS 2. Na koniec trzymajcie się mocno. Zabieram Was na przejażdżkę po kubańskich drogach.

Zobacz także